Sieciowe piractwo [analiza zjawiska]

AKTUALNOŚCI, BIZNES, CIEKAWOSTKI

Powstanie pierwszych programów komputerowych, czy wcześniej nagrywanie piosenek, filmów na kasety zawsze wiązało się z istnieniem tzw. ,,czarnego rynku”, na którym zainteresowane osoby mogły dostać po niższej cenie daną płytę.

Zjawiskiem, które każdy z nas zna jest piractwo medialne, czyli powołując się na definicję z Wikipedii: potoczne określenie działalności polegającej na nielegalnym kopiowaniu i posługiwaniu się własnością intelektualną (programami komputerowymi, muzyką, filmami itp.) bez zgody autora lub producenta i bez uiszczenia odpowiednich opłat.

Internetowe przecieki płyt i singli

Wielokrotnie w historii światowej fonografii zdarzyło się, iż do Internetu ,,wypłynęły” kawałki jeszcze nie powstałej płyty. 95% albumów muzycznych jest przenoszona do sieci przed premierą. Czerwcowy album Eminema krążył po sieci dwa tygodnie przed premierą, to samo spotkało singiel ,,Power” Kanyego Westa czy Big Boi’a. W ciekawy sposób postąpiła piosenkarka M.I.A., kiedy przed rozpoczęciem oficjalnej sprzedaży jej album ,,Maya” został opublikowany na blogach w postaci kiepskiej jakości mp3, M.I.A. sama udostępniła wszystkie utwory na MySpace – zachowanie to było reakcją na zarzut publiczności o klęsce artystycznej (krytycy opierali się na wersjach blokowych).

Akcja promocyjna?

Część specjalistów od marketingu jest zdania, iż to sami wokaliści czy firmy fonograficzne dopuszczają do celowych przecieków, aby zwiększyć zainteresowanie i przyczynić się w ten sposób do akcji promocyjnej, zainteresowanie internautów dynamizuje sprzedaż płyt, wtedy nie jest potrzebna dodatkowa reklama. Przeciek działał na korzyść wydania CD wielu zespołów, m.in. Radiohead. Nie wiemy czy jest tak w istocie? W końcu piractwo osłabia zyski ze sprzedaży oryginalnego produktu, więc byłoby to działanie na własną niekorzyść.

Filmowe ,,zwiastuny”

Piractwo muzyczne musi ustąpić miejsca nielegalnie udostępnianym filmom – co drugi film trafia do Internetu przed pierwszym, oficjalnym pokazem. Wystarczy przypomnieć sobie premierę długo oczekiwanej części Harry’ego Pottera, kiedy to do sieci wypłynęły pierwsze 37. minut filmu. Inna superprodukcja ,,Wolverine” warta 137 milionów została obejrzana przez 4,5 miliona osób na miesiąc przed kinową premierą. Po Internecie przed oficjalnym debiutem krążyły: ,,Matrix: Reaktywacja”, ,,Gwiezdne wojny: Zemsta Sithów”, ,,Iron Man”, ,,Batman: Mroczny rycerz” (na rok przed premierą do Internetu trafiło pierwsze 15 minut filmu, co wcale nie osłabiło sprzedaży kinowych biletów) oraz ,,Sicko” Michaela Moore’a, ale sam Moore przyznał, iż publikacja filmu na YouTube wpłynęła pozytywnie na sprzedaż biletów . Numerem jeden wśród internetowych ,,zapowiedzi” były ,,Bękarty wojny”, które już na etapie scenariusza pojawiły się w sieci.

Osie zła, czyli ośrodki piractwa

Za stolice światowego piractwa uważa się największe europejskie miasta: Monachium, Paryż, Moskwę i Warszawę. Powstaje pytanie: dlaczego akurat te miasta? Odpowiedź jest prosta, bo Europejczycy za długo muszą czekać na premiery tytułów szeroko komentowanych i wyświetlanych w kinach amerykańskich. Nikt z nas nie chce czekać np. pół roku, gdy z Internetu może ściągnąć dany kawałek w tym samym czasie i za darmo. Może aby ukrócić zjawisko piractwa należy wprowadzić jednakowy czas premier kinowych czy muzycznych dla całego świata i zrównać ceny?

Nielegalne programy komputerowe

Osobną dziedzinę stanowią nielegalne programy komputerowe. Jakiś czas temu pośród internautów krążył żart ,,Chowaj Windowsa do piwnicy”, który przestrzegał użytkowników przed kontrolami funkcjonariuszy policji. Specjaliści z katowickiego laboratorium informatyki śledczej Mediarecovery policzyli, że statystyczny komputer polskiego użytkownika ma zainstalowane nielegalne oprogramowanie warte 5000 zł. I trudno się nie zgodzić z tymi badaniami, gdyż w prawie każdym domu znajdzie się przynajmniej jedna piracka gra. Ten sam sondaż szacuje, iż wartość nielegalnego oprogramowania zainstalowanego w polskich domach to łącznie 35,4 mld złotych! Badania innej organizacji BSA/IDC pokazują, iż ponad połowa, bo aż 54% używanego w Polsce oprogramowania, jest nielegalna, podczas gdy średnia światowa wynosi 43%. Jest to duża liczba, jednakże wielu użytkowników będzie się usprawiedliwiać wysoką ceną legalnego oprogramowania – i będą mieli rację.

Do tej pory rządy wielu krajów walczą z piractwem nakładając dotkliwe kary, jednakże cały proceder będzie trwa, dopóki ceny płyt, gier czy programów nie zostaną znacznie obniżane, a to nieprędko nastąpi.

Autor: Paulina Paszko

Źródło: Newsweek, Mediarecovery, Wikipedia


Drogi czytelniku, nasza strona internetowa korzysta z plików cookies
Więcej informacji na ten temat znajdziesz tutaj.

Prawa autorskie © 2010-2014 NEWSFix Magazine.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Powrót do góry