„Rock and roll forever” – Scorpions zagrali we Wrocławiu

AKTUALNOŚCI, GWIAZDY, KONCERTY, MUZYKA, POLSKA, ROZRYWKA

Deszczowy wieczór 31 sierpnia; 32 rocznica Solidarnościowego zrywu; Wrocław; zajezdnia MPK – miejsce narodzin tego ruchu na Dolnym Śląsku; chorągiewki łopoczące na wietrze; na wietrze zmian, o którym ze sceny właśnie śpiewa Klaus Meine- lider Scorpionsów. I czego chcieć więcej?

fot.M.Kapela/newsfix.pl


Chyba tylko tego, żeby ten wieczór trwał i trwał, żeby koncert się nie kończył a Scorpionsi grali do końca świata i o jeden dzień dłużej. Bo patrząc na nich, aż nie chce się wierzyć, że maja po sześćdziesiąt parę lat i po zakończeniu trwającej właśnie trasy koncertowej zamierzają odejść na jakże zasłużoną rockową emeryturę. Zresztą oni sami chyba też w to nie do końca wierzą, z perkusistą, dumnie prezentującym publiczności ogromny wytatuowany na plecach napis „Rock and roll forever” na czele. A jednak koncert ten reklamowany był jako pożegnanie zespołu z polskimi fanami. Jeśli tak, to pożegnanie to było godne legendy jaką jest zespół Scorpions.

Przed nim na scenie rozłożonej w zajezdni MPK przy ulicy Grabiszyńskiej zaprezentowały się nie mniej zasłużone w walce z minionym ustrojem polskie zespoły. Na pierwszy ogień poszedł Big Cyc, którego twórcy z rodowodami artystycznymi zakorzenionymi w Pomarańczowej Alternatywie okazali się właściwymi osobami we właściwym miejscu. Chociaż ich muzyka daleka jest od estetyki reprezentowanej przez gwiazdę wieczoru czyli zespół Scorpions, idealnie wpisali się w klimat imprezy. Swój koncert rozpoczęli własnymi wersjami utworów podziemnych polskich grup punkowych i reggae’owych z lat 1982-1989, które, ze względu na swą antykomunistyczną wymowę nigdy nie ukazały się na oficjalnym rynku.

fot.M.Kapela/newsfix.pl


Skiba, zmieniający nakrycia głowy przy każdej piosence, wraz z kolegami przeszli następnie do swojego bardziej rozrywkowego repertuaru, prezentując zgromadzonej publiczności takie hity jak „Facet to świnia” czy „Makumba”. Na zakończenie swojego występu zaapelowali natomiast o uwolnienie skazanego niedawno w Rosji zespołu Pussy Riot.
Po takiej dawce radosnego, prześmiewczego punk-rocka z elementami ska w iście barowy nastrój wprowadził publiczność Maciej Maleńczuk z zespołem Psychodancing. O ile ideologicznie swoją antysystemową postawą również idealnie wpisywał się w klimat koncertu, to muzycznie znacznie juz odbiegał tak od Big Cyca jak i od Scorpionsów.

Zarówno ten zmanierowany, nonszalancki bard w ciemnym garniturze i śnieżnobiałej koszuli, sarkastycznie podsumowujący otaczającą rzeczywistość jak i towarzyszący mu jazuujący zespół Psychodancing o wiele bardziej pasują do ciemnych zadymionych barów niż do supportowania gwiazdy hard rocka na plenerowym koncercie. Mimo to ich występu nie można uznać za słaby punkt wieczoru. Takim za to bez wątpienia był konferansjer, który częściej niż aplauz wzbudzał uśmiech politowania.

W żadnym wypadku nie można natomiast tego powiedzieć o gwieździe wieczoru, która swoją energią mogłaby obdzielić co najmniej połowę muzycznego rynku w Polsce. Nie jeden raczkujący zespół rockowy może pozazdrościć żywotności i kondycji tej istniejącej od 47 lat grupie. Chociaż głos Klausa Meine brzmiał może jeszcze bardziej piskliwie niż na płytach zespołu a jego angielski był jeszcze bardziej połamany to dla usłyszenia „Send me an Angel” na żywo warto było moknąć cały wieczór. Publiczności zgromadzonej w zajezdni przy ulicy Grabiszyńskiej pogoda bowiem nie rozpieszczała. Ciemnych deszczowych chmur nie przegnał nawet „Wind of Change” wykonany chóralnie z publicznością, wśród której siwiejący rówieśnicy założycieli zespołu stali ramię w ramię ze swoimi kilkunastoletnimi wnukami, którzy ten „wiatr przemian” znają już tylko z lekcji historii.

Scorpions zaprezentowali się więc z jak najlepszej strony, serwując polskim fanom widowisko godne mistrzów gatunku z ciekawymi wizualizacjami w tle, ruchomą perkusją to podjeżdżającą w górę, to opadająca w dół i długimi solówkami m.in. w wykonaniu perkusisty James’a Kottak’a. Jeśli dołożyć do tego wspaniały kontakt z publicznością, hojnie obdarowaną przez Klausa co najmniej kilkunastoma kompletami perkusyjnych pałek i emanującą z muzyków radość grania to mamy koncert idealny.

Monika Kapela

Powiązane wpisy


Drogi czytelniku, nasza strona internetowa korzysta z plików cookies
Więcej informacji na ten temat znajdziesz tutaj.

Prawa autorskie © 2010-2014 NEWSFix Magazine.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Powrót do góry