Filmowy krajobraz – dalekiej Islandii

AKTUALNOŚCI, FILM, MEDIA, ROZRYWKA, ŚWIAT

W czasach średniowiecza łacińska Ultima Thule utożsamiana była z krańcem świata. Nic dziwnego, że obecnie termin ten na stałe przywarł do położonej w północnej części Oceanu Atlantyckiego wyspy – Islandii. Ta magiczna kraina, pokryta lodowcami, wulkanami oraz zapierającymi dech w piersiach fiordami, stała się nie tylko turystyczną atrakcją, ale również niezapomnianym krajobrazem wielu filmów. Islandczycy będący przede wszystkim potomkami Norwegów i Celtów są narodem niezwykle dumnym ze swojego kulturowego dziedzictwa. Wystarczy wspomnieć, że język, którym się posługują, istnieje praktycznie w niezmienionej formie od IX wieku. Przywiązanie do tradycji widoczne jest wyraźnie w literaturze i muzyce. Mimo charakterystycznego, etnicznego rysu, sporej  grupie rodzimych artystów udało się zyskać fanów na całym świecie. Na gruncie muzycznym wymienić można chociażby Björk czy Sigur Rós, w przypadku literatury, Halldóra Laxnessa, laureata  literackiej nagrody Nobla.

fot.Andreas Tille/cc2.0

fot.Andreas Tille/cc2.0

W ostatnich latach podobnie dzieje się z islandzkim kinem. Co roku powstaje tutaj około pięciu nowych tytułów (to dużo, biorąc pod uwagę fakt, że kraj zamieszkuje niewiele ponad trzysta tysięcy ludzi). Niestety polska publiczność (poza pojawiającymi się od czasu do czasu pokazami festiwalowymi), częściej niż zobaczyć, może o islandzkich projektach najwyżej przeczytać (przeważnie też nie w ojczystym języku).

Prawdą jest jednak, że na międzynarodowej arenie filmy islandzkie pojawiły się dość późno, bo dopiero w latach dziewięćdziesiątych, za sprawą dzieła Fridrika Fridrikssona „Dzieci natury”/ „Börn náttúrunnar”. Sentymentalna opowieść o parze staruszków, decydujących się na ucieczkę z domu opieki do miejsca swojego urodzenia, uderza niebywałą prostotą. Realistyczny obraz świata przedstawionego wzbogacony został nadprzyrodzonymi siłami, których ingerencja w otaczającą rzeczywistość nie pozostaje bez znaczenia dla fabuły. Kolejne fragmenty filmu zapełniają tajemnicze postacie tzw. fylgjur, pomagające podróżnikom bezpiecznie dotrzeć do ostatecznego celu wyprawy. Wiara w duchy, elfy, trolle i innego typu istoty jest na Islandii bardzo silnie zakorzeniona i w dalszym ciągu żywa. Chociaż oficjalną i najbardziej liczną grupę stanowią tu luteranie (około 82,1%) spora część osób nadal deklaruje przynależność do politeistycznej religii Ásatrú.  Fridrikkson, uznawany niejako za ojca współczesnej kinematografii islandzkiej, nie jedyny wykorzystuje tego rodzaju tropy w swoich filmach.

Innym, znanym w świadomości także nieislandzkiej publiczności, artystą jest Dagur Kári. Urodzony 12 grudnia 1973 roku w Paryżu do ojczyzny powrócił w wieku trzech lat. Jego ojciec – Pétur Gunnarsson – jest znanym pisarzem, którego twórczość miała bez wątpienia spory wpływ na rozwój syna. Dagur nie poszedł jednak w jego ślady i w 1999 roku został absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Danii. Uwagę krytyki zwrócił już swoim dyplomowym filmem „Lost Weekend”, otrzymując za niego jedenaście międzynarodowych nagród, między innymi w Monachium oraz Breście. Kolejny „Villiljós” z 2001 roku to film zrealizowany wspólnie z Ragnarem Bragasonem.

Jednak na prawdziwy rozgłos musiał poczekać kolejne dwa lata. Wtedy to bowiem na ekranach kin pojawił się „Noi Albinoi”/”Nói Albinói”, który zdobył nie tylko najważniejsze  krajowe nagrody filmowe (Edda), ale zwrócił uwagę szerszej publiczności na islandzką kinematografię (chociaż wcześniej uczynił to już Baltasara Kormákur dzięki „101” Reykjavik” czy wspomniany wyżej Fridriksson, a Kari dołączył jedynie w poczet eksportowych twórców). Jego dzieło jest na wskroś minimalistyczną i dobrze znaną we współczesnej kulturze historią zbuntowanego i nieco wyalienowanego siedemnastolatka. Temat znany i lubiany przez twórców, dzięki niepowtarzalnemu otoczeniu nabiera tu odmiennego kolorytu. Bezkres horyzontu pogłębia  samotność tytułowego bohatera. Wszechogarniająca martwota dopełnia pesymistyczny wydźwięk całości. Nie brakuje tu jednak humoru. Sam reżyser przyznaje zresztą, że woli ten film traktować jako komedię z elementami dramatu, niż odwrotnie, ciężko jest mu jednak przyznać rację.

Sigurlin

Powiązane wpisy


Drogi czytelniku, nasza strona internetowa korzysta z plików cookies
Więcej informacji na ten temat znajdziesz tutaj.

Prawa autorskie © 2010-2014 NEWSFix Magazine.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Powrót do góry