Ewolucja horroru w kinie cz. III

AKTUALNOŚCI, FILM, MEDIA, ROZRYWKA, ŚWIAT, TELEWIZJA

Przerażające niegdyś klimaty gotyku przestają budzić emocje jak wcześniej. Kino grozy wkracza na nowy grunt i trzeba stwierdzić, że czuje się na nim całkiem dobrze. Powstają kolejne pod-gatunki, co doskonale obrazuje dynamiczny rozwój horrorów.

Dzisiaj każdy kojarzy największe hity lat 70 i 80. Wystarczy wymienić „Piątek 13-tego” czy „Teksańską Masakrę Piłą Mechaniczną” lub „Koszmar z Ulicy Wiązów”, a w głowie pokazują się odpowiednie obrazy. Nie trzeba nawet oglądać któregoś z powyższych (chociaż wątpię, że zachował się ktokolwiek, kogo ominęło widowisko takich lotów) żeby mieć wyobrażenie o tamtym okresie. W tamtych czasach kino przeżywało złote lata, chociaż patrząc na tematykę powstających filmów, trudno dać temu wiarę. Przypominając wymienione produkcje łatwo wyobrazić sobie, że nie przymierzając, wszystkie kinówki robiono według jednego schematu. Fabuła przestała mieć znaczenie.
hellraiser
Rozwijano pomysłowość w kierunku wymyślnego zabijania postaci. Krew lała się strumieniami, wnętrzności latały wokoło, a krzyki nie milkły do ostatnich minut. Producenci byli zadowoleni, widzowie prawdopodobnie też, bo w końcu ciągnęli do kin całymi tabunami. Apetyt na mięcho ciskane z rozmachem dał początek subgatunkowi „camp”.

Krótko mówiąc przez półtorej godziny, wyciskano gałki oczne, przypiekano na ruszcie i w wymyślny sposób pozbawiano kończyn. Co do minuty. Tandeta i klasa B to znak lat 70, ale grzechem byłoby nie wspomnieć o blaxpoitation – kinie afroamerykańskim tworzonym specjalnie dla czarnoskórej widowni. Część z nich po prostu przenosiła oryginalne odpowiedniki do świata czarnoskórych. „Blackula”, „Dr Black, Mr Hyde”, „Black Devil Doll From Hell”, to wyłącznie nieliczne przykłady.

Lata 80 przyniosły klasyki. W pełnym tego słowa znaczeniu. Johna Carpentera i „The Thing”(1982) nie trzeba nikomu przedstawiać. Obcy o wyglądzie marchewki do dzisiaj budzi grozę. Oglądając ten horror w dzieciństwie przez długi czas bałam się iść ciemnym korytarzem, ale to tamtemu seansowi zawdzięczam zamiłowanie do tego gatunku. Pod koniec lat 70 do głosu doszły demoniczne istoty. Tutaj „Omen” wysuwa się na prowadzenie, a zaraz za nim „Harry Angel”(1987). Spielberg i „Duch” „Mucha”(1986), „Videodrome”(1983) – ta trójca mocno zapada w pamięć i zajmuje silną pozycję na liście klasyków. W większości rządzi ohyda, niedobrze robi się od samych odgłosów, ale przynajmniej fabuła nosi znamiona jakiegokolwiek rozbudowania.

Zmierzając do schyłku lat 80 spokojnie wkraczamy do bardziej wspólczesnego okresu. Lata 90 to wielki powrót klasyki z początków rozwoju gatunku. Z powstałych juz subgatunków nie zrezygnowano. Nie ma w tym nic złego oczywiście, chociaż odmóżdzające produkcje nigdy nie sprawiały radości wymagającym widzom.

 Po tych wszystkich latach kinomani mają wygórowane wymagania. Postawienie planszy udającej zamkowe korytarze i kilkominutowe pokazy bladolicych postaci nie przyciągną niczyjej uwagi. Podobnie jak niedopracowane technicznie projekcje. Rozwijanie fabuły nadal pozostawie pole do dyskusji. Widać jednak postęp. Myślę, że nie ma sensu wymieniać najlepszych przedstawicieli ostatnich lat, bo większość z Was zapewne zna je doskonale.

Autor: Ewa Grześkow

Powiązane wpisy


Drogi czytelniku, nasza strona internetowa korzysta z plików cookies
Więcej informacji na ten temat znajdziesz tutaj.

Prawa autorskie © 2010-2014 NEWSFix Magazine.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Powrót do góry