W serwisach społecznościowych powstaje złudne poczucie bliskości

AKTUALNOŚCI, INTERNET, POLSKA, SOCIAL MEDIA, STRONY WWW

Serwisy społecznościowe nie są dobrym miejscem do budowania bliskich relacji z przyjaciółmi czy rodziną – powiedział PAP Dominik Batorski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem serwisy społecznościowe mogą prowadzić do złudnego poczucia bliskości.

10 lat temu, 4 lutego 2004 roku Mark Zuckerberg student Uniwersytetu Harvard uruchomił stronę internetową The Facebook – elektroniczną wersję księgi imion i zdjęć studentów. Rok później zmienił nazwę na Facebook. Obecnie liczba użytkowników Facebooka wynosi ponad 1,3 mld osób. Od maja 2008 roku działa polska wersja językowa Facebooka. Jak wynika z danych firmy badawczej Gemius korzysta z niego 75 proc. polskich użytkowników sieci

Photo: Robert Kneschke/fotolia

Photo: Robert Kneschke/fotolia

PAP: Czy Facebook pozwala rozwijać relacje społeczne czy przeciwnie?

Dominik Batorski: To nie jest dobre miejsce do budowania bliskich relacji z przyjaciółmi czy rodziną. Analizy, które prowadziłem w ramach badań Diagnoza Społeczna w latach, 2011 jaki i w 2013 pokazują, że korzystanie z serwisów społecznościowych dla takich bliskich relacji kompletnie nie ma znaczenia.

Facebook, i w ogóle serwisy społecznościowe, mają natomiast znaczenie w obszarze tzw. słabych więzi – podtrzymywania kontaktu z osobami, z którymi normalnie byśmy w żaden sposób ich nie utrzymywali, bo np.: są z innych kręgów społecznych. Takie słabe relacje od czasu do czasu są istotne w naszym życiu, szczególnie w sytuacjach, kiedy potrzebujemy jakiś informacji, nowych możliwości. Słabe relacje często nam dostarczają takich zasobów informacji, które w inny sposób są niedostępne.

Takim klasycznym w socjologii przykładem „siły” słabych więzi są sytuacje poszukiwania pracy. Ludzie bardzo często znajdują pracę poprzez znajomych a nie poprzez przyjaciół czy rodzinę. Kiedyś w ramach polskiej edycji badań ISSP Social Networks pokazaliśmy, że praca, którą pomogli znaleźć nam znajomi, jest dużo lepsza, lepiej płatna i bardziej adekwatna do kompetencji, niż praca, którą pomagają znaleźć przyjaciele czy rodzina.

PAP: Przy okazji protestów związanych z ACTA wskazywano, że serwisy społecznościowe, w tym Facebook, odegrały dużą rolę, ale ostatecznie nic bardziej trwałego na skutek tych protestów nie powstało. Czy zaangażowanie poprzez portale społecznościowe jest tylko chwilowe?

D.B.: Generalnie tego typu zaangażowanie ma coraz bardziej chwilowy charakter – jest zaangażowaniem ad hoc w danej sprawie. Gdy cel zostanie osiągnięty, zaangażowanie spada. Nie powstaje też przy tej okazji żadna instytucja czy organizacja, które funkcjonowałyby dłużej.

Czasem jest też tak, że samo zamanifestowanie na portalu społecznościowym, np. „zalajkowanie” czegoś na Facebooku ma zerowe konsekwencje, internauci deklarują w serwisie bojkot jakiejś firmy i prawdopodobnie kompletnie nie przekłada się to na żadne zachowanie poza siecią. Takie zaangażowanie w sieci daje ludziom poczucie, że zrobili już wystarczająco dużo – mają poczucie, że to wystarczy. A często, żeby osiągnąć efekt, potrzebne jest realne zaangażowanie się w sprawę, gdyż samo wsparcie danej inicjatywy na Facebooku nie wystarczy.

PAP: Czy Facebook i sieci społecznościowe przyczyniają się do zmiany pojęcia prywatności?

D.B.: Ujawnianie wielu informacji o danej osobie w serwisach społecznościowych niewątpliwie wpływa na zmianę definicji prywatności. Proszę jednak pamiętać, że historycznie zatoczyliśmy pewnego rodzaju koło. Kiedyś ludzie żyli w niedużych wspólnotach, wsiach czy miasteczkach i wiedzieli o sobie prawie wszystko. Prywatność powstała wtedy, kiedy zaczęły się rozwijać większe metropolie – to jest wynalazek ostatnich 200, może 300 lat.

Internet czy serwisy społecznościowe rzeczywiście w pewnym stopniu prowadzą do naruszenia naszej prywatności. Dawniej znajomi nie wiedzieli wszystkiego o naszych pasjach, zainteresowaniach czy poglądach. Inaczej wyglądał nasz wizerunek w rodzinie a inaczej wśród przyjaciół. Na Facebooku wszystkie te informacja o nas widać – możemy oczywiście częściowo ukryć część tych informacji ale wymaga to od użytkowników większych kompetencji i dodatkowych zabiegów, które i tak nie są do końca skuteczne. Takie dzielenie się tożsamością rzeczywiście zmniejsza naszą prywatność.

PAP: Czy to zmniejszenie granic prywatności pozwala nam lepiej funkcjonować społecznie?

D.B.: Generalnie bliższe relacje charakteryzują się tym, że wiemy o ludziach więcej, co potencjalnie ludzi zbliża i może mieć pozytywne konsekwencje. Jednak istnieje ryzyko, że jeśli do takiego zbliżenia dochodzi tylko i wyłącznie w serwisach społecznościowych, to może powstać złudne poczucie bliskości – ludzie, o których wiemy coś dzięki serwisom społecznościowym, a których tak naprawdę dobrze nie znamy, mogą nam się wydawać bliżsi niż są w rzeczywistości. Bliskość stworzona tylko za pośrednictwem Facebooka nie jest realną bliskością np. w trudnych sytuacjach nie możemy raczej liczyć na wsparcie i autentyczną pomoc.

Myślę, że są dobre i złe strony takich sytuacji, wszystko zależy jak te informacje będą dalej wykorzystywane. Jeśli napiszę w serwisie społecznościowym coś o moich poglądach politycznych i pracodawcy się to nie spodoba, to może mnie zwolnić pod byle pretekstem. Dawniej pewnie o moich poglądach politycznych nie dowiedziałby się wcale. To jest niewątpliwe zjawisko negatywne.

PAP: Facebook obchodzi dziesiąte urodziny, pojawiają się jednak głosy, że traci swą popularność. Czy zniknie?

D.B.: Tutaj są trzy istotne kwestie. Po pierwsze – Facebook jest już częścią infrastruktury internetu w tym znaczeniu, że coraz częściej inne serwisy w sieci oferują możliwość logowania się poprzez konto Facebooka, w wielu miejscach w sieci pojawiają się facebookowe komentarze i guziki „lubię to”. To jest także pewien sposób dzielenia się przez użytkowników informacją.

Druga rzecz – to rola, jaką Facebook pełni w filtrowaniu informacji w sieci. Z perspektywy użytkownika tego serwisu to jego znajomi filtrują dla niego informacje z internetu i udostępniają te, które są ich zdaniem ciekawe czy w jakiś tam sposób dla nich istotne. To oznacza, że przy ogromnych zasobach, jakie znajdują się w sieci wiele informacji trafia do użytkowników Facebooka bez potrzeby szukania czegoś w sieci. Warto też podkreślić, że wiele serwisów w sieci notuje największą liczbę wejść na swoją stronę właśnie z Facebooka.

Oczywiście jest też druga strona – negatywna. Mamy obecnie do czynienia z przeładowaniem informacyjnym, doświadczanym przez użytkowników posiadających większą liczbę znajomych na Facebooku. Coraz trudniej odnaleźć się w tym nadmiarze informacji. To może prowadzić do zniechęcenia i ono pewnie będzie się pojawiało. Moim zdaniem Facebook zdaje sobie z tego sprawę i podejmuje działania, żeby lepiej filtrować informacje dla każdego użytkownika.

Zapewne będzie też tak, że nastolatki – to zjawisko jest już szczególnie widoczne w USA – będą uciekać z Facebooka do innych serwisów, bo na Facebooku są już ich rodzice, znajomi rodziców i nauczyciele.

Zawsze też znajdą się osoby, dla których treści na Facebooku będą za mało atrakcyjne, męczące i nieadekwatne, dlatego będą rezygnować z niego. Ale póki nie pojawi się jakaś alternatywa – a ja nie widzę czegoś takiego – to nie będzie to masowe zjawisko.

Rozmawiał Krzysztof Markowski (PAP)

źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Powiązane wpisy


Drogi czytelniku, nasza strona internetowa korzysta z plików cookies
Więcej informacji na ten temat znajdziesz tutaj.

Prawa autorskie © 2010-2014 NEWSFix Magazine.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Powrót do góry